Od pewnego czasu pod niemal każdym tekstem o JSW powtarza się ta sama śpiewka:
„Baby z biurowca do łopaty”,
„pozabierać im wszystko”,
„całe życie tylko siedzą, kawę piją i plotkują”.

Jedno kliknięcie. Jeden populistyczny komentarz, który zgarnia lajki.
A mało kto zadaje sobie trud, by pomyśleć, kogo te słowa naprawdę rozcinają jak brzytwa.
Do dnia, w którym jedna z tych „bab z biurowca” stanęła w drzwiach naszej siedziby i opowiedziała swoją historię…
Dziś do naszego biura weszła kobieta.
Normalna, cicha, bez wielkich słów. Jedna z tych nazywana pod ogólnym sloganem „baby z biurowca”, które tak łatwo wrzucić do jednego worka. Usiadła, spojrzała na nas i powiedziała coś, co – jeśli mamy choć odrobinę sumienia – powinno zostać w głowie każdemu z nas.
Nazwiska nie będzie. Stanowiska też nie. Nie dlatego, że się boimy.
Dlatego, że to nie jest historia o jednym nazwisku.
To jest historia o tym, co zrobiliśmy sobie jako załoga.
„Ten dzwonek do drzwi zabrał mi męża i całe życie”
Jej historia nie zaczyna się od „komfortowej pracy w biurze”. Zaczyna się od dzwonka do drzwi, dzwonka, przy którym świat pęka na pół. Za drzwiami stał dyrektor kopalni, który poinformował ją, że jej mąż zginął pod ziemią. Górnik. Ojciec jej dzieci. Człowiek, z którym miała planować wakacje, remont, przyszłość. Zamiast tego dostała informację, że już nigdy nie wróci do domu.
Następnie pogrzeb, sztandary, górnicze mundury, łzy kolegów z brygady, uściski, słowa:
„Nie zostawimy pani”
„Może pani na nas liczyć”
„Brać górnicza to rodzina”
I ona naprawdę wtedy w to uwierzyła.
W to, że ta „brać górnicza” to nie slogan z akademii, tylko prawdziwa siła, która potrafi podnieść człowieka z kolan.
Kopalnia otoczyła ją opieką.
Dostała ofertę pracy – nie jako „nagrodę”, ale jako ratunek. Szansę, by utrzymać dzieci, dom, cokolwiek poukładać w życiu, którego ktoś jej brutalnie połowę wyrwał. Dla kogoś z boku – „etat dla baby z biurowca”. Dla niej – cienka nitka, która oddzieliła ją od kompletnej rozpaczy.
Każde wejście na kopalnię to powrót do dnia tragedii
Dziś, kiedy każdego dnia przekracza bramę kopalni, nie idzie „do wygodnej roboty”. Każdy krok po tym terenie to powrót do tamtego dnia. Do chwili, w której usłuszała: „Pani mąż miał wypadek w pracy i zginął” Za każdym razem, gdy usłyszy syrenę, komunikat, słowo „wypadek” – w głowie wracają obrazy, których żaden człowiek nie chciałby pamiętać.
Nigdy nie była wzywana „na dywanik”. Nigdy nikt jej nie zarzucił, że się obija, kombinuje, robi cokolwiek „na odwal”. Przychodzi, robi swoją robotę, robi ją porządnie, wraca do domu i próbuje być jednocześnie matką i ojcem.
I nagle – po latach – ci sami ludzie, którzy kiedyś ściskali jej ręce na pogrzebie, piszą w internecie, może nie wiedząc, że to do niej, ale o takich jak ona:
„Pozabierać im wszystko”
„Baby z biurowca tylko kawę piją”
„Niech w końcu zaczną pracować”
Czy naprawdę ktoś wierzy, że takie słowa nic nie robią?
Że to tylko „komentarzyk w necie”?
Po drugiej stronie nie siedzi „baba z biurowca”. Po drugiej stronie siedzi wdowa po górniku.
Ta sama, której kiedyś obiecywano, że „brać górnicza jej pomoże”.
Hejt nie naprawia świata. Hejt dobija swoich.
Możemy – i powinniśmy – walić w patologie systemu.
W rozdęte biura zarządów, w sztucznie tworzone stołki, w idiotyczne decyzje, które niszczą firmę i przyszłość załogi.
My też to robimy.
Od tego jest związek: żeby patrzeć na ręce tym na górze.
Ale co innego walić w chory system,
a co innego walić na oślep w ludzi z administracji, jakby każdy z nich był winny wszystkiego.
Ta konkretna kobieta:
- nie pisała sama sobie angażu,
- nie negocjowała porozumień, które odbierały świadczenia dla załogi,
- nie decydowała, ile będzie stanowisk dyrektorskich.
Ona dostała propozycję pracy, bo straciła męża na dole.
Bo ktoś wtedy powiedział:
„Pomożemy”.
I teraz – w imię czego – ma czytać, że należy jej wszystko zabrać?
W imię jakiej „sprawiedliwości” wdowie po górniku przypina się łatkę „baby od kawy i plotek”?
To nie jest walka o lepsze JSW.
To jest dobijanie swoich.
„Brać górnicza” tylko na zdjęciach z Barbórki?
Na Barbórce wszyscy jesteśmy Jednością. Sztandary, galowe mundury, patetyczne przemówienia o solidarności, wzajemnym szacunku, rodzinie górniczej.
A potem przychodzi codzienność.
I ta sama „brać” w internecie pisze, że wdowie po koledze z brygady „należy wszystko zabrać, bo siedzi w biurze”.
Prawdziwa twarz załogi nie wychodzi na scenie podczas akademii. Prawdziwa twarz wychodzi w komentarzach, w szoli, na podziele.
Gdy piszesz „baby z biurowca do roboty” – to pomyśl:
- może właśnie obrażasz kobietę, której mąż zginął na dole,
- może właśnie wbijasz gwóźdź w serce komuś, kto codziennie wchodzi na teren kopalni z gulą w gardle,
- może właśnie plujesz w stronę kobiety, której kiedyś obiecywałeś wsparcie.
Czy naprawdę o to nam chodzi?
Żeby z braci górniczej zostało tylko ładne zdjęcie z Barbórki?
Podzieleni jesteśmy wygodniejsi dla tych na górze
Piszę to jako związkowiec, ale przede wszystkim – jako człowiek, który widział za dużo łez na tej kopalni.
Ktoś nas od lat rozgrywa. Dołowi przeciwko powierzchni, powierzchnia przeciwko dołowi, i tak najłatwiej, bo trafia na podatny grunt, skłóca, nastawia wrogo do siebie, dlaczego ?
Skłócona załoga jest wygodna.
Skłóconą załogę łatwo przestraszyć, łatwo przeciągnąć na swoją stronę takich, którzy uwierzą, że to „baba z biurowca” jest winna, a nie ci, którzy podpisują kluczowe decyzje.
Jako Związek Zawodowy „Jedność” KWK Pniówek bronimy pracowników – zarówno z dołu jak i z powierzchni.
Bronimy górników w ścianach. Bronimy też wdowy po górniku, która dziś musi słuchać, że jest „pasożytem”, bo ma etat w administracji.
Możesz nie zgadzać się z nami – masz do tego święte prawo.
Możesz nas krytykować, pytać, kwestionować – od tego jest demokracja i wolność słowa.
Ale jest granica.
Tą granicą jest zwykła ludzka przyzwoitość.
Zanim klikniesz „Wyślij”
Ta historia wydarzyła się naprawdę. Nie jest wymyślona „pod tekst”.
Zanim napiszesz kolejny komentarz o „babach z biurowca”, zanim bezmyślnie powtórzysz slogan o „piciu kawy i plotach”, zatrzymaj się na trzy sekundy i zadaj sobie pytanie:
A jeśli po drugiej stronie jest wdowa po górniku?
Jeśli wciąż wchodzi na tę samą kopalnię, która zabrała jej męża?
Jeśli twoje słowa dobijają kogoś, kto już raz za tę kopalnię zapłacił najwyższą cenę?
Tak ma dziś wyglądać „brać górnicza”?
Jeśli nie – to zacznijmy od siebie.
Od własnego komentarza. Od własnych słów. Od decyzji: „Nie będę pluł na swoich, nawet jeśli się różnimy”.
O patologiach, stołkach, złych decyzjach – będziemy mówić głośno. Od tego jesteśmy.
Ale dobijać tych, którzy już raz stracili wszystko – na to zgody nie będzie.
Szczęść Boże !

