Coraz głośniej powtarza się narracja, że cięcia świadczeń są nieuniknione. Dlatego najwyższy czas pokazać, gdzie naprawdę leży problem — i tak, to będzie niewygodna prawda, bo uderza we wszystkie kolejne Zarządy JSW z ostatniej dekady, także w tych, których broniła część organizacji związkowych. Wystarczy spojrzeć na poziomy wydobycia rok po roku i zestawić je ze składami zarządów – obraz wyłania się sam: byli tacy, których „strona społeczna” (poza nami) wielbiła, kupowali autobusy elektryczne, po których dziś słuch zaginął, roztaczali wizje rozwoju, a wydobycie w tym czasie zaczęło systemowo spadać.

To prosta arytmetyka: weź najprostszy kalkulator, pomnóż niewydobyty węgiel przez cenę choćby z tego roku, a utracone przychody idą w miliardy złotych. A jeśli mówimy o koszcie funduszu płac, trzeba powiedzieć wprost: im mniej się wydobywa, tym ten koszt jest relatywnie wyższy — na każdą tonę. I wreszcie: to wszystko jest naprawdę proste — nie trzeba zatrudniać firm doradczych za miliony, żeby to zrozumieć. Zapraszam do dalszej części artykułu — tam pokazuję całą prawdę.
Twarde liczby, które każdy powinien znać
Aby poznać skalę problemu, warto aby każdy spojrzał jak wyglądało wydobycie w kolejnych latach, to żadna tajemna wiedza, te dane bez trudu znajdziecie w raportach rocznych JSW S.A., a wydobycie ogółem (mln ton) wyglądało tak:
- 2015 — 16,3 mln ton
- 2016 — 16,8 mln ton
- 2017 — 14,8 mln ton
- 2018 — 15,0 mln ton
- 2019 — 14,7 mln ton
- 2020 — 14,3 mln ton
- 2021 — 13,7 mln ton
- 2022 — 14,0 mln ton
- 2023 — 13,5 mln ton
- 2024 — 12,3 mln ton
Co z tego wynika? W 2024 roku względem 2015 ubyło około 4 mln ton. Przy cenie z października br. 650 zł za tonę daje to około 2,6 MILIARDA zł utraconych przychodów w jednym roku. A w „tłustym” 2022 r., kiedy za tonę płacono nawet około 1600 zł, sam fakt, że wydobycie było niższe niż w 2016 r., oznacza miliardy złotych zostawione pod ziemią. Porównując 2015 (16,3 mln t) z 2022 (14,0 mln t), brakuje ok. 2,3 mln ton – to ~3,68 mld zł niezarobionych pieniędzy przy ówczesnych cenach.
I teraz porównajmy to z mantrą o „ratunkowym” zwrocie 1,6 mld zł. Te 1,6 mld to mniej niż to, co JSW traci przez spadek wydobycia. Jeśli zamiast ciąć ludziom dodatki, utrzymalibyśmy poziom produkcji z 2015/2016, spółka poradziłaby sobie bez uderzania w pracowników nawet przy niższych cenach.
Krupiński – decyzja, która do dziś powraca jak bumerang
Nie oszukujmy się: duży udział w spadku wydobycia ma brak KWK Krupiński. Ta kopalnia dawała rocznie okolice 2 mln ton. Jedni powiedzą: „to był głównie węgiel energetyczny”. Prawda jest taka: w złożach był też węgiel koksowy. I wszyscy słyszeliśmy, że ok. 300 mln zł wystarczyłoby, by wejść w te pokłady. Co usłyszeliśmy zamiast decyzji o rozwoju? „Nie ma pieniędzy”.
A później? Ponad pół miliarda złotych na likwidację (wg, raportu NIK). Tak, „z innej kieszeni”. Tylko że kiedy JSW traci wydobycie, a co za tym idzie przychody i miejsca pracy, to rachunek i tak płaci państwo, czyli my wszyscy. Najpierw szkoda 300 mln na rozwój i utrzymanie produkcji oraz miejsc pracy, za chwilę grube miliony na wygaszenie kopalni i kolejne koszty społeczne. Gdzie tu sens? Gdzie tu logika, gdzie odpowiedzialność wobec regionu i załogi?
Dwie rzeczywistości: dół i „góra”
Na dole praca jest konkretna: zmiana, wysiłek, ryzyko. Liczy się to, co wyjeżdża na powierzchnię. Na górze króluje opowieść, że „załoga jest kosztem”. Gdy ceny rosną – laury zbiera biuro zarządu. Gdy ceny spadają – winny jest pracownik. To wygodne, bo łatwiej sięgać do kieszeni tych, którzy nie mają konferencji prasowych i rzeczników. Ale to nie rozwiązuje problemu. Problemem jest brak stabilnej, odważnej, fachowej polityki utrzymania i rozwoju wydobycia, i taka właśnie jest prawda.
Polityka zamiast fachu = spadające wydobycie
Górnictwo wymaga ludzi, którzy czują jego rytm, rozumieją odpowiedzialność i potrafią myśleć „na lata”, a nie „do następnej konferencji”. Tymczasem przez lata oglądaliśmy nominacje z politycznego klucza — stanowiska rozdawane „za zasługi”, często bez związku z górniczym fachem. Był czas, że nawet nie tworzono pozorów, że szuka się fachowca, polityk traci stanowisko w sejmiku województwa śląskiego i po chwili zostaje wiceprezesem od rozwoju, można by to nawet zrozumieć ale gdybyśmy produkowali lody, ale JSW to produkcja węgla. Efekt jest zawsze podobny: krótkie kadencje, częste roszady, przerwane inwestycje, decyzje podejmowane „na papierze”, a nie w realiach kopalni.
Zamiast słuchać dołu, angażować doświadczonych inżynierów, którzy w swojej historii zawodowej wykazali się bardzo dobrymi wynikami, to mnoży się prezentacje i „projekty wizerunkowe”, które nie dowożą ani tony. Gdy o rozwoju decydują osoby bez górniczego zaplecza, brakuje planu na lata, ciągłości działań i odwagi przy kluczowych krokach. To rodzi chaos, rozmywa odpowiedzialność, zniechęca fachowców — i kończy się zawsze tak samo: spadkiem wydobycia, a potem zrzucaniem winy na „koszty pracy”. To najwyższy moment, aby odebrać zarządzanie produkcją księgowym – a przekazać te obowiązki doświadczonym inżynierom.
Prawda „kosztów pracy”
Cięcia świadczeń to szybki „sukces” na papierze — dobrze wyglądający w prezentacjach zarządu i łatwy do ogłoszenia na konferencji prasowej. Można wtedy z dumą powiedzieć: „szukamy oszczędności”, „działamy odpowiedzialnie”, „reagujemy na sytuację”. Tylko że od takich decyzji nie przybywa ani jedna tona węgla, a rzeczywisty fundament spółki wcale się nie wzmacnia — wręcz przeciwnie. Bo fundamentem JSW nie są tabelki w Excelu, tylko ludzie, którzy codziennie zjeżdżają pod ziemię i wykonują fizycznie najcięższą pracę w tej części Europy. Jeśli tym ludziom zacznie się systematycznie odbierać to, co wypracowali — dodatki, premie, świadczenia — to uderza się nie tylko w ich portfel, ale przede wszystkim w ich motywację.
Dziś atmosfera wśród pracowników coraz częściej przypomina stan niepewności i nerwowego wyczekiwania. Ludzie przychodzą na szychtę i bardziej myślą o tym, co im zabiorą, niż o tym, jak spokojnie i bezpiecznie wykonać swoje zadania. Takie napięcie i frustracja zwiększają ryzyko błędów, obniżają koncentrację, osłabiają czujność, a przecież mówimy o środowisku pracy, gdzie jeden błąd może kosztować zdrowie, a nawet życie. A z punktu widzenia ekonomicznego — taka atmosfera zawsze kończy się niższą wydajnością, bo nie da się fedrować z pełnym zaangażowaniem, gdy ktoś nad tobą cały czas trzyma nóż i tylko patrzy, gdzie uciąć.
Zamiast budować przyszłość spółki na zaufaniu i partnerstwie, tworzy się model oparty na strachu i presji. A przecież największe pieniądze w JSW nigdy nie były wyciągane z cięć świadczeń, tylko z dobrej, stabilnej produkcji. Jeśli naprawdę ktoś chce ratować tę spółkę, to niech zainwestuje w ludzi, da im poczucie bezpieczeństwa i szacunku, bo tylko wtedy załoga będzie mogła w pełni skupić się na pracy. A jeśli pracownicy JSW przestaną być największą wartością tej spółki — to przestanie nią być również jej przyszłość.
Dlaczego to ważne dla każdego z nas
JSW to nie tylko spółka. To tysiące rodzin, miasta i gminy, lokalne firmy, które żyją dzięki stabilnej pracy zakładów. Kiedy biuro zarządu robi błędne ruchy, rachunek płacą ludzie, nie slajdy. JSW produkuje węgiel koksowy – surowiec uznany za krytyczny przez Unię Europejską, niezbędny przy produkcji stali – bez niego nie będzie żadnej zielonej transformacji. Swoją drogą to też trochę hipokryzja, że do zielonego ładu, który ma zlikwidować produkcje węgla – potrzebny jest węgiel 🙂 . Prawda jest taka, że jeśli dalej będziemy brnęli w kierunku spadku wydobycia, to w pewnym momencie zderzymy się ze ścianą, za którą, będzie już nie tylko upadek JSW, ale i całego regionu a nawet przemysłu w Polsce i Europie, bowiem „tani” węgiel z Indii czy innych kierunków po prostu przestanie być „tani”.
Prosta prawda na koniec
JSW nie uratują konferencje i farmazony o „konieczności cięć”. JSW uratuje powrót do zdrowego rozsądku: wydobycie na pierwszym miejscu, fachowcy na kluczowych stanowiskach, rozliczanie decydentów z efektu, a nie z opowieści, oraz szacunek dla ludzi, którzy codziennie robią robotę pod ziemią.
Warto też odnieść się do najświeższego pomysłu zarządu JSW, który ogłoszono w ostatnich dniach. Mianowicie: połączenie dotychczasowych kopalń w dwa tzw. „centra wydobywcze”. Jedno – północne – miałoby obejmować KWK Knurów-Szczygłowice i KWK Budryk, drugie – południowe – KWK Pniówek oraz KWK Borynia-Zofiówka. Na papierze wygląda to może i „logicznie”, może nawet „nowocześnie”, ale w rzeczywistości to kolejny krok w stronę odbierania kopalniom samodzielności i przekazywania jeszcze większej władzy w ręce centrali, czyli zarządu i jego księgowych.
To już nie jest tylko „optymalizacja” — to centralizacja pełną parą, której efektem nie będzie zwiększenie wydobycia, tylko dalsze odsunięcie realnych decyzji od ludzi, którzy znają swoją kopalnię najlepiej. W praktyce oznacza to mniej autonomii dla dyrektorów kopalń, mniej decyzyjności na miejscu, a więcej sztywnych rozwiązań narzucanych zza biurka, bez znajomości realiów danego zakładu.
Dopóki biuro zarządu będzie szukać winny w kopalniach a nie u siebie to będziemy stali w miejscu. A czas działa przeciwko nam: kiedy nie produkujemy, pieniądze nie przychodzą, a później te same osoby mówią, że „trzeba ciąć”. Dość. Trzeba wreszcie zarządzać spółką tak, by przynosiła węgiel i przychody – a nie tylko wymówki i rachunki. Bo prawdziwy problem nie chodzi w kasku. Prawdziwy problem nosi garnitur.
Związek Zawodowy „Jedność” KWK Pniówek – zawsze po stronie ludzi !

